23 sierpnia 2013

O wymówkach i kończeniu zadań słów kilka

Patrzę właśnie na stertę książek, notesów, zeszytów i długopisów, która znowu wyrosła na moim biurku. To, w jaki sposób czytam książki, jest ucieleśnieniem mojej największej przeszkody w osiąganiu celów: zaczynaniu i zostawianiu na później różnych zadań. Szybko się nudzę, więc - żeby było fajniej - potrafię czytać kilkanaście książek jednocześnie. Skutek jest taki, że zajmuje mi to zbyt wiele czasu. Nie trudno zgadnąć, że w pozostałych dziedzinach życia taka technika również wprowadza niezły zamęt. O efektach, a właściwie o ich braku, nie wspomnę...

Mówi się, że w dążeniu do celu najważniejsze jest w ogóle zacząć. Wielu z nas zapisuje się na kursy językowe, wykupuje karnety na siłownię (i do tego koniecznie jakiś fajny dres!:), obiecuje sobie, że zacznie oszczędzać, a tak w ogóle to w krótkim czasie na pewno spełni swoje marzenia. A co tam, zrobimy to wszystko jednocześnie.

Z zapałem przystępujemy do pracy. Tylko... nawet jeśli podejmiemy odpowiednie kroki, nie zawsze udaje się osiągnąć cel. Nagle okazuje się, że pracujemy naprawdę dużo, robimy mnóstwo rzeczy i... ciągle większość nie jest skończona. Chociaż podjęliśmy już jakiś wysiłek zmierzający ku sukcesowi, w którymś momencie w ogóle przestajemy działać. 

Przyczyn takiego stanu rzeczy może być wiele. Już samo to, że trudno jest się skoncentrować na tym jednym celu (bo bez przerwy mnóstwo rzeczy walczy o naszą uwagę) jest wystarczająco dużą przeszkodą. Ale to nie jest największy problem. Najczęściej nie jesteśmy w stanie wytrzymać lęku, znudzenia (tak jak w przypadku mojego czytania) i ogólnego dyskomfortu towarzyszącemu osiąganiu celu. Szczególnie wtedy, kiedy zależy nam na efekcie, ale droga do niego sama w sobie nie jest zbyt przyjemna. 

Pod postacią bardzo przekonujących (i chyba dlatego tak powszechnych) wymówek w stylu "nie mam czasu", "nie nadaję się do tego", "wcale nie potrzebuję tego do szczęścia" i mistycznego "kiedyś" - którego nie znajdziemy przecież na osi czasu - znajdujemy jakieś marne usprawiedliwienie. To wszystko bardzo dobrze brzmi, ale prawda jest taka, że po prostu pozwalamy, żeby negatywne uczucia, które nam towarzyszą, wzięły nad nami górę. W efekcie nie kontynuujemy zadań aż do ich zakończenia.

Pierwszy raz byłam tego świadoma kilka lat temu, kiedy koordynowałam pracę nad pewnym projektem. Było to dla mnie coś zupełnie nowego i trudnego, w dodatku w życiu osobistym musiałam zmierzyć się z czymś, co mnie trochę przerosło. Bałam się i nie byłam pewna, czy nie powinno mnie być w tym czasie gdzieś indziej. Naprawdę mało brakowało, żebym zrezygnowała. Na szczęście w porę zorientowałam się, gdzie leży przyczyna. Zdałam sobie sprawę z tego, że to TYLKO MOJE UCZUCIA i nie muszę działać zgodnie z nimi. Wytrwałam do końca, wszystko skończyło się sukcesem, problem z czasem sam się rozwiązał, a ja mogę dzisiaj wspominać jedne z najbardziej satysfakcjonujących chwil. Niestety kiedy patrzę wstecz, widzę mnóstwo sytuacji, w których się poddawałam, bo nie byłam w stanie wytrzymać jakiegoś dyskomfortu. Przykre jest to, że najczęściej wtedy, gdy nikt z zewnątrz nie rozliczał mnie z efektów.

Świadomość tego wszystkiego powoduje, że od jakiegoś czasu kładę duży nacisk na kończenie podjętych już działań. A jeśli chodzi o moje czytanie, to właśnie wzięłam się za zmianę tego nawyku. Wymaga to niezłej dyscypliny. Jednak koncentracja tylko na jednej rzeczy sprawiła, że ostatnie dwie doby wystarczyły, żebym wymęczyła ostatnią, prawie 800-stronnicową część Harrego Pottera*. Kto wie, ile by mi to zajęło, gdybym to zrobiła tak jak zawsze... ;)

Przykład z czytaniem jest bardzo prosty, ale pomyśl o innych, większych, ważniejszych rzeczach. Na początku wszystko to jest kwestią świadomości i dyscypliny. Z czasem nabieramy nawyku kończenia zadań i stajemy się skuteczniejsi.

Teraz już wiesz, że większość planów przegrywa z emocjami. Kiedy następnym razem zechcesz zrezygnować, zatrzymaj się i zastanów. Pozwolisz, żeby Twoje własne uczucia stanęły Ci na drodze do tego, czego pragniesz od życia?

*Ktoś uwierzy, że ta jedna do wczoraj mi została do przeczytania? Szóstą część połknęłam zaraz po wydaniu, a kilka miesięcy później poszłam do liceum i w moim życiu działo się tyle rzeczy, że praktycznie w ogóle mi umknął fakt, że ostatnia część już dawno została napisana. I, o zgrozo, przecież już została też zekranizowana... :)

3 komentarze :

  1. Robienie wielu rzeczy na raz kończy się tym, że w końcu coś musimy olać, bo nie wyrabiamy się czasowo lub brak sił, dlatego najlepiej jest robić pojedynczo różne rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teoretycznie tak, tylko w praktyce najczęściej jest to po prostu niemożliwe, bo - jak wspomniałam we wpisie - bez przerwy mnóstwo rzeczy walczy o naszą uwagę. :)

      Usuń
  2. Też kiedyś tak czytałam :) Teraz już tak nie czytam, ale w pozostałych dziedzinach życia ta praktyka skutecznie się zadomowiła. Mam takie plany w każdego sylwestra przepisuję jako "do zrobienia w tym roku". Niektóre z nich wymagają ode mnie zaledwie miesiąca dyscypliny. A rok ma przecież "tylko" dwanaście miesięcy... Dobry wpis, biorę go pod rozkminę we własnym życiu! Emka

    OdpowiedzUsuń