30 sierpnia 2013

Przydasie


Od kilku dni walczę z przedmiotami, które posiadam. A konkretniej z ich nadmiarem. Chociaż trudno znaleźć u mnie brud, myślę, że biorąc pod uwagę ilość rzeczy w przeliczeniu na metr kwadratowy, mogłabym z powodzeniem konkurować z uczestnikami programu Perfekcyjna Pani Domu. I chociaż świetnie orientuję się, gdzie co mam, już kilka lat temu wypowiedziałam wojnę przydasiom. Mimo to ciągle w zatrważającym tempie przybywa mi rzeczy: ubrań, książek, kartek, długopisów, gadżetów. Nowe zdobywam o wiele szybciej, niż pozbywam się starych. W związku z tym nie trudno się domyślić, że jest tego coraz więcej.

Gdzieś obiło mi się o uszy, że najlepszym sposobem, żeby uświadomić sobie, jak wiele niepotrzebnych rzeczy nas otacza, jest regularnie się przeprowadzać. Co prawda, ja tego nie robię zbyt często, ale kiedy mam okazję przeglądać swoje rzeczy, zadaję sobie pytanie: czy gdybym się przeprowadzała, zabrałabym tę rzecz ze sobą? Odpowiedź od razu wskazuje mi, co powinnam z tym przedmiotem zrobić. Póki co takie kryterium dobrze się sprawdza.

Lubię kolekcjonować książki, ostatnio też ubrania. Jeśli chodzi o kosmetyki, staram się ograniczać do najpotrzebniejszych rzeczy. Jedynie nie odmawiam sobie lakierów do paznokci. Muszę też mieć zawsze pod ręką pomadkę, więc mam ich kilka. Z resztą przedmiotów bywa bardzo różnie. A jak mawiał T. Ferris: to, czego chcesz, w nadmiarze staje się tym, czego nie chcesz. Często marzę o domu, w którym jest ich mało (z wyjątkiem książek).

Z tematem przydasiów trochę łączy się też kwestia różnych udogodnień. A z nimi jest tak, że fajnie je mieć, ale tak naprawdę moglibyśmy bez nich żyć, chociaż już nikt nie chce tego próbować. Człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego wygodnego. Z resztą konsumpcyjny charakter coraz większej ilości sfer życia wcale nam w stawianiu jakichkolwiek granic nie pomaga. Jestem jedną z niewielu osób, jakie znam, które nie są uzależnione od swojego telefonu. Widzę jak przeróżne gadżety pochłaniają innych, więc sama staram korzystać z nich nie więcej niż trzeba. Uwielbiam te, które w jakiś sposób ułatwiają mi życie. Ale czasami sobie myślę, że gdybym niektórych z nich w ogóle nie miała, dużo lepiej alokowałabym swój czas, chociaż jest to raczej kwestia dyscypliny w korzystaniu z nich. Bo jak we wszystkim i tutaj trzeba być po prostu rozważnym. Nie widzę sensu w sprawdzaniu e-maila czy facebooka trzydzieści razy dziennie (a i mnie to się zdarzało) ani w odbieraniu telefonu za każdym razem, kiedy dzwoni. Jedynie taki, że to maksymalnie rozprasza. Przecież minęły już czasy telefonów na tarczę, bez problemu można skontaktować się chwilę później. Myślę, że większość z nich nie jest pilna, więc jeśli jest taka konieczność, można je odłożyć na odpowiedniejszy moment.

Internet naprawdę poradzi sobie bez nas, a my moglibyśmy ten czas poświęcić prawdziwym relacjom z bliskimi. A gdyby nie sterta bibelotów, które trzeba regularnie układać i czyścić, moglibyśmy np. czytać więcej. Albo pobawić się z psem. Albo robić cokolwiek, co sprawia nam przyjemność. Ach, i jeszcze te niemieszczące się w szafie ubrania. Jest tyle opcji na fajne spędzanie życia, a ja... tracę kolejny dzień na sprzątanie.

Piękne jest to, że właściwie mogę mieć, co zechcę, że żyjemy w najlepszych z możliwych czasów. Nie jestem jednak pewna, gdzie dokładnie jest to ekstremum, granica, po przekroczeniu której możliwość konsumowania zaczyna obniżać jakość życia. Coraz częściej mam wrażenie, że bliżej, niż mogłoby się wydawać.

Przydasie to jednak nieodpowiednie określenie. Od dziś mówię dosadniej: pochłaniacze czasu.

3 komentarze :

  1. Ech, ja nadal nie potrafię się pozbyć 'przydasi'

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też nie umiem się ich pozbyć. Chociaż po liceum, jak się będę przeprowadzała, to mam zamiar zrobić z tym wieeeelki porządek! Do nowego mieszkania nie wezmę nic niepotrzebnego :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo ciekawy wpis! Podoba mi się kryterium: "czy zabrałabym jakśs rzecz przy przeprowadzce?". Przy nastepnych porządkach pewnie ją zastosuję.
    Jeśli chodzi o "konsumpcjonizm informacyjny", to ostatnio czytałam ciekawy artykuł na ten temat: http://goinswriter.com/creating-consuming/ , który trochę nawiązuje do tego, co piszesz - może Cię zaciekawi.
    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń