19 września 2013

Tanio sprzedam: prywatność


Jedni lubią chwalić się na portalach społecznościowych, gdzie i z kim spędzili czas, inni wrzucają zdjęcia, niektórzy tylko to wszystko podpatrują. Znam też osoby, które trzymają się od nich z dala, a informacje o sobie zdradzają w bardzo wyważony sposób. O ile mnie samej jest bliżej do tej pierwszej grupy - korzystam z facebooka i uważam, że jeśli robi się to odpowiednio, jest naprawdę dobrym medium - to do tych ostatnich ludzi mam naprawdę ogromny szacunek.

Umieszczanie niektórych rzeczy w sieci przestało mi się podobać. Ostatnio odechciało mi się umieszczać zdjęcia (szczególnie te z innymi), nie mam ochoty pisać, gdzie i z kim spędziłam weekend. Robię od tego wyjątki, ale generalnie większości takich rzeczy już nie chcę upubliczniać. Co nie znaczy, że tego nie robiłam. Wiele razy, kiedy komuś coś opowiadałam, miałam "przyjemność" usłyszeć: wiem, widziałem to na facebooku. Widzę w tym jakieś podobieństwo do tekstu w stylu: ktoś inny mi już wszystko o Tobie powiedział. Sami odpowiedzcie sobie, czy to miłe.

Zrozumiałam, że chwaląc się publicznie, pozbawiamy innych jakiejś części ich prywatności. Bo nawet jak piszemy o sobie, to i tak w większości wypadków zahacza się o innych ludzi. I o ile ci "inni" się zgodzą, wszystko jest w porządku. Sęk w tym, że takich rzeczy się raczej nie ustala - a przynajmniej mnie nikt nie pyta o zdanie. ;) To jest na porządku dziennym i właściwie głównie tym żywią się portale. Mało kto zauważa, że w ten sposób relacje z innymi stają się produktem, który można pokazać światu, swoistym zagraniem wizerunkowym. Fajnie jest podzielić się ze światem dobrą informacją albo powiedzieć kilku zaufanym osobom coś więcej o sobie. Ale kiedy mówimy o innych i kiedy wszystko jest dostępne dla pozostałych, w relacji robi się źle. Czym to się różni od plotkarstwa? Chyba tylko większą skalą. I o ile plotkowanie na żywo niekoniecznie jest widziane pozytywnie i często odbierane jako nielojalność, w sieci jest na porządku dziennym. Co za paradoks.

A tak już zupełnie szczerze: kogo, poza osobami bezpośrednio zainteresowanymi, tak naprawdę obchodzą szczegóły moich najintymniejszych związków? Nie mam wątpliwości, że w najlepszym wypadku będzie to mała część moich znajomych z facebooka. Może jestem staroświecka, ale nadal uważam, że każda relacja to przede wszystkim sprawa między dwojgiem ludzi. A traktowanie tego jak produkt - przepraszam za dosadne porównanie - który można zareklamować, w jakimś stopniu pozbawia tę relację intymności. Przynajmniej ja tak to odczuwam. Nie od dziś wiadomo, że nikt nie docenia tego, co jest... publiczne. Taki wspólny światek - chociaż w małym stopniu - dzielony tylko z jedną osobą i umiejętność jego pielęgnowania to jedna z rzeczy, które cenię najbardziej w kontaktach z innymi.

Mimo wszystko są też rzeczy, które uważam, że warto robić publicznie. Np. dziękować innym albo dzielić się spostrzeżeniami na różne tematy. Może nie w każdym przypadku, ale tutaj też zazwyczaj sprawdza się znana zasada: komplementuj publicznie, ale krytykuj tylko w cztery oczy (a tak poza tematem: najpierw zastanów się, czy w ogóle warto krytykować. Ja w wielu przypadkach tego żałowałam, chociaż przez chwilę wydawało mi się, że to najlepsze rozwiązanie).

Często też zapominamy o pewnym zjawisku. Upubliczniając coś, skracasz dystans do siebie. I w większości wypadków to bardzo korzystne zjawisko. Ale działa to też na osoby, z którymi niekoniecznie masz ochotę na bliższą znajomość.

Są rzeczy, którymi mogę się dzielić ze wszystkimi, takie jak te zamieszczane na blogu. Są takie, o których chcę mówić tylko wybranym. I takie, które zachowuję tylko dla siebie. Jestem pewna, że każdy tak ma, tylko niektórzy się nad tym nie zastanawiają, a i granice dla różnych ludzi są trochę inne. W dodatku zmieniają się w czasie, co widzę po sobie samej.

Często pytam siebie, do której sfery chcę przyporządkować daną informację. Ale zdarza się też, że pod wpływem emocji jestem niekonsekwentna w tym, co sobie ustaliłam. Samokontrola siada, a potem tego żałuję. Mogę pocieszyć się jedynie tym, że z pewnością to jedna z najtrudniejszych rzeczy na świecie i każdemu zdarza się ulegać emocjom.

I jeszcze jedna sprawa na koniec: często publikujemy pod wpływem chwili, a nie zastanawiamy się, co będzie za jakiś czas i jak to ktoś może wykorzystać. I tu mam dobrą, pouczającą historię. Dzisiaj kolejny raz na własnej skórze przekonałam się, że jak się coś raz wrzuci do sieci, to już NIGDY nie ginie. Kilka godzin temu na fanpage jednej z największych polskich stacji radiowych pojawiło się zdjęcie... autorstwa mojej siostry. W tej chwili prosto z tej strony zostało udostępnione przez kilkadziesiąt osób. A siostra w 2010 roku umieściła je na swoim photoblogu, który już dawno skasowała. Tu nie chodzi o jakąś popularność ani o prawa autorskie, tylko o prosty wniosek. Dwa razy zastanowię się, zanim coś opublikuję.

8 komentarzy :

  1. Obecnie ludzie maja niesamowitą potrzebę uzewnętrzniania się na facebooku. Sama długo wzbraniałam się przed założeniem konta i zrobiłam to dopiero rok temu, kiedy okazało się, że na studiach nie da się inaczej funkcjonować. Ale jak już założyłam i oglądałam liczne posty od innych, to mnie kusiło, by COŚ napisać. Niemniej jakoś tak sie złożyło, że do pół roku założyłam bloga i już ta potrzeba znikła. Po czasie myślę, że to miała być taka namiastka bloga. Nie publikuje na facebooku, ale oglądam co sie dzieje u znajomych. Dlatego uważam, że tytuł posta jest genialny! Obecnie, wśród moich znajomych panuje boom na nowe związki i wszyscy się z tym afiszują. Dla mnie troszke przegięcie. I jeszcze wszyscy im życzą w komentarzach szczęścia i miłości. Prawie jakby ogłaszali, że wzieli ślub. Śmieszy mnie to.

    Słusznie piszesz, że powinniśmy w życiu oddzielać to, o czym ma wiedzieć cały świat, od tego, o czym mają wiedzieć jedynie nasi najbliższi znajomi. I poza tym pozbawiamy się frajdy opowiedzenia o czymś zabawnym czy radosnym, jeżeli wcześniej "wrzucimy to do sieci". Warte przemyślenia.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o namiastkę bloga to dokładnie to samo napisałam w pierwszym moim wpisie na tym blogu... :) Dzięki za miłe słowa!

      Usuń
  2. Nigdy nie byłam fanką dzielenia się wszystkim w internecie, może to ze względu na swoją introwertyczną naturę. Nie przepadam specjalnie za facebookiem, czasami musi mi on przesyłać błagalne maile, żebym odwiedziła go. Jednak nie da się bez niego żyć, na studiach grupy to świetne źródło informacji. Nie jest on zły, tylko trzeba umieć z niego korzystać, przecież można tworzyć sobie listy znajomych i później kierować wpis jedynie do danej części znajomych.

    A co do zdjęć to jest to kradzież jest wielkim problemem, dlatego co lepsze zdjęcia wolę podpisywać znakiem wodnym, bo skąd mogę wiedzieć co stanie się z nimi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też używam grup, nie tylko studenckich i organizacji, w których działam. Dla mnie to świetnie rozwiązanie przede wszystkim do kontaktu z moją paczką. :) I to właśnie ze względu na grupy i interesujące mnie fanpage obecnie spędzam na nim tak dużo czasu.

      Usuń
  3. Facebook jest genialny - jeśli się z niego dobrze korzysta. Lubię podróżować, a nie zawsze mam czas, żeby siedzieć w siecii i szukać tanich biletów lotniczych. A dzięki obserwowaniu trzech, czterech stron inni robią to za mnie, jestem na bieżąco.
    Grupy, np studenckie to też jest super pomysł.
    Jednak niektórzy przesadzają - mnie naprawdę mało obchodzi, że ktoś piję teraz kawę, jest w skomplikowanym związku czy idzie na spacer :)
    Super wpis i blog :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak! Dlatego właśnie wyłączyłam obserwowanie postów od osób, których nie chcę śledzić, a od niedawna sama nie "uszczęśliwiam" innych - tak naprawdę często przypadkowych - ludzi nowinkami ze swojego życia.

      Dziękuję! Miło mi. :)

      Usuń
  4. Ja się zastanawiam, co by się stało, gdyby ludzie zamiast pisać na fb, to wszystko pisali na swoich blogach. Dwa, trzy lata pisania i jest kawał treści. Fb jest miejscem, gdzie każdy post spotyka się z niemal natychmiastową reakcją, czego nie można powiedzieć o blogach, gdzie trzeba wykazać się cierpliwością. To chyba internetowa potrzeba przynależności - tak to nazywam. I jeszcze lenistwo. Ja wole blogi,przynajmniej mnie czytają Ci, którzy chcą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Ja wole blogi,przynajmniej mnie czytają Ci, którzy chcą." - świetne spostrzeżenie! :)

      Usuń