27 listopada 2014

Czterdzieści książek w rok, czyli dlaczego warto mieć coraz dłuższą listę książek do przeczytania



W grudniu skończę czytać czterdziestą książkę w tym roku. To dobra okazja, żeby podzielić się z Wami kilkoma spostrzeżeniami, jak to jest z tym czytaniem w dużych ilościach.

Nie zamierzam nikogo namawiać do czytania w ogóle, bo to, że bardzo nas kształtuje i mocno poszerza horyzonty, jest oczywiste. Kiedy wracam do moich postów sprzed kilku miesięcy, widzę to jak na dłoni. Jeśli jednak ktoś woli zdobywać wiedzę w inny sposób, nie zamierzam go nawracać. Każdy wybiera to, co do niego trafia i rozwija go najbardziej.

Czy czterdzieści książek w ciągu roku to dużo? Może dla wielu z Was to żaden wyczyn, ale dla mnie to naprawdę imponujący wynik. A to dlatego, że to był dla mnie niesamowicie intensywny rok, co prawdopodobnie było widać w moich tekstach. Jest się czym cieszyć także dlatego, że nie była to tylko literatura piękna, a "trawienie" wielu książek wymagało ode mnie niezłego zaangażowania. Ale nie piszę tego, żeby się chwalić. :)

Jestem święcie przekonana, że zawdzięczam to dwóm rzeczom: kosmicznie długiej liście pozycji do przeczytania i nawykowi sięgania po nie w chwilach, w których nie mam konkretnego zamiaru robienia czegoś pożytecznego. O ile wymiana bezmyślnego przeglądania facebooka czy portali plotkarskich na lektury wydaje mi się dość oczywistym rozwiązaniem, o tyle tworzenie listy książek, których i tak nie jest się w stanie przeczytać, może wydawać się lekkim absurdem. A nie jest.

Po pierwsze - co dość oczywiste - stale rosnąca lista książek motywuje do czytania w większych ilościach. Bo skoro ciągle coś do niej dodaję, żeby czuć się dobrze, muszę też coś z niej wykreślać. Wiem, to szokujące wyznanie. :)

Po drugie, zdecydowanie lepiej wybieram. Cały czas mam świadomość, ile książek wciąż na mnie czeka, dlatego nie marnuję czasu na te, które niewiele wnoszą do mojego życia. Łatwiej mi rozstawać się z pozycjami, które jednak nie do końca mi odpowiadają, chociaż z reguły nie lubię zaczynać czytania i go nie kończyć. Ale dzięki temu nie tylko ja czuję się lepiej. Najbliższa biblioteka, rodzina i znajomi szybciej "odziedziczają" porzucone przeze mnie pozycje. A we wszelkiej literaturze przepiękne jest właśnie to, że co jednemu się nie podoba, może pozytywnie zachwiać światem kogoś innego. Nie lubię poczucia, że książki "marnują" się u kogoś, kto nie do końca ich potrzebuje, dlatego staram się je regularnie uwalniać.

Po trzecie, paradoksalnie mniej pieniędzy zostawiam w księgarniach. O ile wydawanie ich na książki zawsze sprawiało mi dziką przyjemność, o tyle lista lektur sprawia, że częściej mówię sobie: "jeszcze nie teraz, i tak nie dasz rady tego w tej chwili przeczytać". Jasne, robię wyjątki i lubię cieszyć się nowościami (a jak milutko jest mieć np. pięknie wydane "Cząstki Przyciągania" na półce:). Ale żeby w pełni cieszyć się "żywą" biblioteczką, poza dokładaniem do niej książek, trzeba też regularnie pozbywać się... pozycji, w które nie tchnę już życia.

Po czwarte, w końcu przekonałam się do czytania wybiórczego. Pochłanianie wybranych części książki i wymyślanie, czy i jak mogę wprowadzić w życie to, czego się dowiedziałam, jest jednak dużo fajniejsze od biernej konsumpcji całej treści. Serio.

Po piąte, cały czas trzymam rękę na pulsie. Dzięki liście udaje mi się równoważyć ilości przeczytanych książek branżowych z literaturą piękną.

Po szóste, doprowadziło mnie to do pomysłu, żeby... czytać trochę mniej! Ale o tym może innym razem.

W każdym razie namawiam Was do tworzenia własnych list.

Jak to robić? 

Chociaż nie będzie poradnika krok po kroku (też ubolewam), proponuję pięć prostych rozwiązań:

1. Lista w mobilnym menedżerze zadań. Ja korzystam z Todoista, ale Wunderlist też się świetnie sprawdzał. Inne menedżery też na pewno dadzą radę.

2. Konto na LubimyCzytać.pl. Tutaj nie tylko kolekcjonujemy to, co chcemy przeczytać, ale także to, co mamy już za sobą (możemy to też oceniać i recenzować). Polecam też aplikację na telefon - dzięki skanowaniu okładek i kodów kreskowych książki dodaje się na wirtualne półki w ułamku sekundy. Brakuje tu jednak wielu mniej popularnych książek, szczególnie tych branżowych. Jeśli ma się czas i ochotę, można je za to samemu dodawać.

3. Zwykła lista w zakładce na blogu. Na przykład taka jak moja (ta akurat nie jest zbyt długa:).

4. Arkusz kalkulacyjny czy plik tekstowy też dadzą radę.

5. Lista papierowa. Przewagę ma taką, że zniesie wszystkie Wasze pomysły i jeśli nigdzie jej nie zgubicie, nie grozi Wam utrata dostępu do konta ani przypadkowe skasowanie danych. ;)

A może zaproponujecie jakieś ciekawsze narzędzia? Jakie inne listy moglibyście stworzyć w ten sposób? :)

7 komentarzy :

  1. Przyznam szczerze - zainspirowałaś mnie. Dużo czytam, ale pojęcia nie mam ile książek na rok, bo nigdy tego nie policzyłam. Co więcej, nigdy nie pomyślałam o zrobieniu listy kilkudziesięciu pozycji, podzielenia się tym i systematycznym czytaniu,a później wykreślaniu... Chyba mam pomysł na noworoczne postanowienie ;-) Dzięki wielkie! Czuję, że i u mnie pojawi się coś w tym temacie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Brawo! Ja w grudniu skończę 19 książkę i trochę jestem zawiedziony, a trochę się cieszę. Zawiedziony, bo planowałem spokojnie przeczytać 30 pozycji. Cieszę się, bo wiele z książek, które czytałem to poradniki, a potrafię je czytać tygodniami. Na szczęście, z półek zdjąłem wszystkie książki, których nie będę czytał, które już przeczytałem itd. Zostały moje miłości i niewiele do poczytania, więc jest co nadrobić :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cieszę się, że mogłam "pomóc" Ci zdjąć ciężar książki Pawła Tkaczyka. :D Dzięki jeszcze raz za nią, w firmie ciągle się przydaje! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję! Służy - a właściwie teraz obie służą. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dałaś mi do myślenia! Listę książek, które chciałabym mieć zrobiłam, ale takich, które czekają na półce do przeczytania jest ogromnie dużo. I w sumie nigdy nie robiłam zestawienia książek do przeczytania, ani przeczytanych. Chyba pora założyć konto na LubimyCzytać :)

    OdpowiedzUsuń