17 stycznia 2016

Dlaczego w tym roku nie przeczytam 52 książek


Tak to już jest, że - kiedy jakieś zjawisko staje się bardzo popularne - muszę spojrzeć na nie krytycznie, by upewnić się, czy na pewno jest dla mnie dobre. Nawet jeśli chodzi o coś tak niewinnego jak próba przeczytania 52 książek - czyli tylu, ile tygodni mamy w roku.

Przeczytanie jednej książki w tygodniu nie wydaje się specjalnie wielkim wyzwaniem. Warto jednak pamiętać, że książka książce nierówna - liczba ta będzie zależeć od objętości, rodzaju, języka czy czasu, który chcemy na to poświęcić. Niektórym wystarczy 20 książek w roku i jeśli są to odpowiednie lektury, to nie widzę w tym nic złego - choć lansuje się przekonanie, że poniżej pewnej liczby lepiej się nie wychylać. Znam też takich, którzy dobijają do trzystu pozycji, czytając głównie te o stosunkowo małej objętości. 

A ja? Tym razem nie zamierzam przywiązywać się do żadnej ilości, choć wniosek, że zamierzam przeczytać mniej niż dotychczas, będzie zbyt pochopny.

W tym roku, tak jak w poprzednim, stawiam na książki, które stanowią dla mnie jakieś intelektualne albo emocjonalne wyzwanie. Oznacza to między innymi, że znów zamierzam przeczytać więcej książek naukowych, a mniej beletrystki, więcej książek na tematy trudne, mniej dla przyjemności. Choć to nie ma być tekst o moich wymówkach, to w czytaniu takiej literatury są rzeczy, które wydają mi się ważniejsze niż kierowanie się wyłącznie ich ilością.

Po pierwsze, bo nie wszystkie warto czytać w całości. Szkoda na to życia. Zgodnie z zasadą Pareto, kluczowe znaczenie ma tylko jakaś część treści. Resztę można porzucić na zawsze albo wrócić do niej dopiero wtedy, kiedy będzie taka potrzeba. Raczej nieelegancko jest liczyć sobie takie pozycje jako przeczytane. ;)

Po drugie, nie chcę pozwolić, żeby moje oczekiwania co do ilości zmusiły mnie do wybierania mniej wymagającej literatury. Już wystarczająco dużym wyzwaniem jest dla mnie powstrzymanie się przed czytaniem nowości wydawniczych, choć na moich półkach jest wiele pozycji, do których mam potrzebę wrócić. Lub w końcu przeczytać po raz pierwszy!

Są takie książki, których czytanie odkładam w nieskończoność. Najczęściej dlatego, że straszą objętością, a do tego są po prostu trudne w odbiorze. Bardzo chcę w końcu poświęcić im czas. Nie po to na mojej półce stoją ich najnowsze wydania, żeby czytać je dopiero wtedy, kiedy... będą już przestarzałe.

Po trzecie, z książkami jest trochę jak z ludźmi. Bliższą relację można mieć tylko z ograniczonym kręgiem, bo zwyczajnie do jej stworzenia w dużej mierze potrzebny jest czas. Może i nie warto z tego powodu zamykać się na wszystkie pozostałe, ale - tak jak w przypadku zbyt wielu powierzchownych znajomości - po jakimś czasie można odczuć brak czegoś istotnego.

Po czwarte, czytanie takich książek nie sprowadza się tylko do konsumpcji treści. Jeśli mam w tym cel, robię notatki. Po trudnej lekturze daję sobie też czas na własne przemyślenia i koncepcje - to podstawa do wykorzystania wiedzy i stworzenia dzięki niej czegoś nowego. To wydaje mi się sensowne: konsumpcję treści wzbogacać kreacją. Ale to również wymaga czasu. Czasu, który... można by było przecież poświęcić na przeczytanie większej ilości książek.

Czy to znaczy, że wyzwanie "przeczytam 52 książki w 2016 roku" jest bez sensu? Oczywiście, że nie. Czytanie zwyczajnie poszerza horyzonty, dlatego takie akcje są potrzebne. Warto jednak zawsze upewnić się, czy na pewno jest nam z ich celami po drodze. Mnie chyba nie jest, choć jeśli przy okazji uda mi się tyle przeczytać, bardzo się ucieszę.

Jeśli jednak się nie uda, być może będzie mi nawet trochę smutno, że liczba nie jest spektakularna. Za to nieporównywalnie przyjemnie jest cieszyć się owocami tego "poświęcenia".

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz